O autorze
Pasjonat sportu. Dziennikarz sportowy. Piszę, bo lubię. Bloguję, bo chcę. Obserwuję i oceniam.

Zawsze garnąłem się do sportu. Oglądałem, słuchałem, czytałem i myślałem jak to jest być dziennikarzem sportowym. "Przecież to fajny zawód, tyle świata można zobaczyć. Z tyloma sportowcami można porozmawiać" - myślałem. Marzyłem, marzyłem, aż w końcu wylądowałem na Euro 2012. Największa sportowa impreza w Polsce i na Ukrainie, a ja w jej środku. Na stadionach. W Gdańsku i w Warszawie. A ja akredytowany z ramienia "Dziennika Bałtyckiego". Przeżycie nie do opisania. Zaczynałem jako student pisząc dla SportowychFaktów. Wcześniej był inny mniejszy portalik, aż w końcu na prawie dwa lata wylądowałem w Polskapresse.pl.

Dziś dalej piszę, obecnie w trojmiasto.sport.pl. Pracuję także w Checzy Gdynia jako rzecznik prasowy.

Zapraszam na Twittera.

Żyjemy w świecie absurdów - świecie zamykanych stadionów

Pewnie, ze wolałbym pisać o tematach sportowych, ale z racji ostatnich wydarzeń na trybunach muszę zabrać głos w ogólnopolskiej debacie na temat opraw meczowych z użyciem rac, a co za tym idzie, dziwnym decyzjom o zamykaniu stadionów.

Temat rac niczym bumerang powrócił po meczach polskich drużyn w europejskich pucharach. Środków pirotechnicznych użyli kibice Legii we Wrexham (mecz 2. rundy eliminacji Ligi Mistrzów z The New Saints), a w zeszłym tygodniu sympatycy Śląska Wrocław w belgijskiej Brugii. Od razu po tych wydarzeniach przeciwnicy tego typu opraw podnieśli larum. W ręku mieli koronny argument – race to niepotrzebny element na stadionach.

Nie zgadzam się z takim stawianiem sprawy. Środki pirotechniczne często uatrakcyjniają mecze i nadają kolorytu spotkaniom. Raca sama w sobie nie jest niebezpieczna. Przyznał to zresztą sam Zbigniew Boniek, prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej. Oczywiście problem pojawia się, gdy raca dostanie się w niepowołane ręce.

Takich sytuacji można uniknąć. Dobrym tego przykładem jest Skandynawia. Tak, tak, ci sami Skandynawowie, przez większość Polaków uważani za naród zimny, wyrachowany, niebudzący emocji, na meczach używają rac. Otóż derbom Sztokholmu, Kopenhagi towarzyszą pokazy pirotechniczne. Tam zamiast ciągle dyskutować znaleziono „złoty środek”. Kluby dogadały się ze stowarzyszeniami kibiców, a ci w swoich szeregach wytypowali osoby odpowiedzialne za odpalanie rac i specjalnie do tego przeszkolone. Tą samą drogą poszli Austriacy i Szwajcarzy.

Uwaga, race pojawiły się także w Dreźnie, gdzie miejscowe Dynamo podejmowało Herthę Berlin!

W tych krajach nie do pomyślenia jest zamknięcie stadionu z tego powodu. W Polsce rozgrywki ligowe jeszcze na dobre się nie rozkręciły, a swoje trzy grosze wtykają wojewodowie z policją. W poprzednim sezonie nie było chyba klubu, któremu oba ograny nie pogroziłyby palcem. Poznań, Warszawa, Gdynia, Gdańsk. Widmo zamknięcia stadionu PGE Arena groziło ostatnio Lechii za odpalenie kilkunastu rac na spotkaniu z Jagiellonią. Ostatecznie skończyło się zamknięciem sektorów na trybunie „Zielonej”.

Zamykanie stadionów za race to pójście po najmniejszej linii oporu. Na koncertach także używa się środków pirotechnicznych. Czy ktoś za nie karze? Czy, gdy na słynnej „siódemce” przy wyjeździe z Trójmiasta zdarzy się wypadek policja wnioskuje o zamknięcie drogi? Czy jeśli zdarza się kradzież w tramwaju, zamyka się całą linię? Odpowiedź wszyscy znamy. Dlaczego więc w przypadku polskich stadionów stosuje się zbiorową karę? Czy nie można pójść po rozum do głowy i ostatecznie znieść „problemu” rac, idąc śladem Skandynawów? Czy to nie rozwiąże problemu?

Odnoszę wrażenie, że temat tego, co dzieje się na stadionach stał się w Polsce tematem numer jeden. Naprawdę Polacy nie mają większych problemów, niż to czy kibice Legii, Śląska lub Lecha odpalili kilkadziesiąt rac? Abstrahuję już od hasła kibiców Lecha na meczu z Żalgirisem. To temat do osobnych dyskusji.

Teraz w grę wkroczyła UEFA. Władze europejskiej unii piłkarskiej zamknęły „Żyletę” za wydarzenia w Walii. Piłkarze Legii stracili jeden ze swoich największych argumentów w rywalizacji ze Steuą - zagorzałych fanów. Idę o zakład, że ktoś „maczał” w tym palce. No ale przecież najłatwiej zamknąć stadion i umyć ręce...

Czas na dialog, bo taką potrzebę dostrzegli już nie tylko moi redakcyjni koledzy, ale także wielu innych dziennikarzy. Usiądźmy do rozmów. Opracujmy kompromis, który zadowoli wszystkich. Opracujmy reguły, na mocy których kluby będą współpracować z kibicami. Oczywiście wszystko ma swoje granice. Przekroczenie pewnych ustaleń lub karygodne naruszenie regulaminu, jak rzucenie racy na murawę, czy w sektor, może skutkować karami, ale dla jednostki, a nie klubu i tysięcy kibiców.

Rozwiązań jest wiele, ale jak widać chętnych na konkretne działania brakuje. A może po prostu je zalegalizujmy i "problem" zniknie sam? W końcu to co zakazane smakuje lepiej. A to, co dozwolone, nie jest już tak smakowitym kąskiem...
Trwa ładowanie komentarzy...